Monthly Archive for November, 2010

Moje Portfolio – DTP, projektowanie graficzne itd.

Miło mi poinformować, że pod adresem http://portfolio.marcinwolski.tk znajduje się moja nowa strona, a mianowicie portfolio. Jakiś czas temu wspominałem o tym, że zamierzam powoli takowe budować, no i teraz przyszedł ten moment. Co prawda projektów na razie mało, ale z czasem to się zmieni. Chcę po prostu zasygnalizować swoją obecność w sieci. Od czegoś wszak trzeba zacząć. :)

Nie lubię fanbojów

Szczególnie tych spod znaku jabłka.

Mogłem się o tym nie raz przekonać, chociażby na forum Myapple.pl. Panuje tam dziwna cenzura związana ze słowem Hackintosh. Otóż fanboje (nie mylić z użytkownikami) komputerów marki Mac nie są w stanie ogarnąć tego zjawiska. Instalacja systemu OS X na komputerze innym niż Mac to zwyczajne świętokradztwo i splunięcie na święte oblicze pana Jobsa. Argumenty, że OS X może działać tak samo sprawnie na innych laptopach nie istnieją. My, użytkownicy Hackintoshy łamiemy LICENCJĘ! To tak, jakby biblią podetrzeć sobie dupę. Jesteśmy heretykami. To nie istotne, że w Europie złamanie licencji nie jest przestępstwem. Jedyną konsekwencją jest brak wsparcia od Apple i błogosławieństwa wielkiego Steve’a.

A może fanboje Maków boją się wkroczenia z butami w ich elitarność? Okazuje się, że dla użytkowników Hackintoshy nie komputer jest ważny, lecz system. Błyszczące jabłko dodające fanbojom +100 do lansu nas po prostu nie obchodzi. To system czyni z komputera funkcjonalne urządzenie. Choćby nie wiem jak drogi był komputer, z systemem pokroju DOS-a dużo się nie zrobi. OS X da się zainstalować na PC, więc skoro się da (i nie łamie się prawa) to czemu tego nie zrobić?
Jasne, Maki to świetnie zaprojektowane komputery, jednak nie są warte swojej ceny. Szczególnie w Polsce, gdzie ludzi chcących mieć komputer ze stajni Apple rżnie się w tyłek bez mydła. Fanboje to lubią – dali za swój komputer parę ładnych tysięcy. Kolejne punkty do bycia zajebistymi.

Śmieszy mnie to i żenuje zarazem. To przecież tylko komputery. Brawa należą się jednak firmie Apple za umiejętny marketing. Oto mamy firmę, która ma wyznawców bardziej gorliwych niż niejedna religia. Keynote to święto! Nowe Macbooki Air! Cała blogosfera pieje z zachwytu, wszyscy unisono, wszędzie te same słowa: keynote, macbook air, pełny ekran, amazing, exciting! Dar z niebios. Supermobilny komputerek na swej baterii ledwo trzyma się przy życiu przez kilka godzin, jednak błyszczące jabłko musi oświecać swym blaskiem mdlejący z zachwytu tłum.

It’s not a bug! It’s a feature!

Knowing – gniot wszech czasów

Knowing film gówienko

Jestem świeżo po obejrzeniu tego dzieła amerykańskiej kinematografii. Ściągałem na chybił-trafił. Tym razem zdecydowanie “chybił”. Nie spodziewałem się tego, że film będzie aż tak zły. Aby oszczędzić Wam pokusy zobaczenia tego filmu, przedstawiam moje krótkie streszczenie.

Spoiler alert!

Lata 50-te. W jednej z amerykańskich szkół organizowana jest akcja o nazwie kapsuła czasu. Każdy z uczniów ma narysować jak wyobraża sobie świat za 50 lat, aby potem zamknąć rysunki w metalowej puszcze i z wielką pompą zakopać ją na pół wieku.
Jak to zwykle bywa, do klasy chodzi dziwna, smutna, nawiedzona dziewczynka, która naturalnie, jak na nawiedzone dziewczynki przystało, nie rysuje takich banałów jak rakiety czy latające samochody. Lucinda zapisuje cyfry! Ty dy dy dyyymm!

Po 50 latach szkolna kapsuła zostaje wyciągnięta a rysunki rozdane obecnym uczniom. Dziwnym trafem kartka z cyframi trafia do syna astrofizyka Johna Koeslera (Nicolas Cage). Tutaj zaczyna się jazda bez trzymanki.
Pewnego wieczoru, John nieco podchmielony odkrywa, że na kartce są zapisane daty największych katastrof w których zginęło sporo ludzi (liczba ofiar również znajduje się na kartce). Do końca zostały jeszcze trzy daty!
John jak na prawdziwego Amerykanina przystało, pojawia się w miejscu, w którym ma wydarzyć się katastrofa. Skąd wie jakie to miejsce? Otóż przypadkowo odkrywa, że kartka sprzed 50 lat zawiera również koordynaty GPS! Sprytna była ta dziewoja. John odnajduje kobietę, która jest córką nawiedzonej dziewczyny. Od teraz wszystkie przeciwności losu będą znosić we czwórką. John z synem oraz Diana z córką. A przeciwności stają się coraz poważniejsze! Oto okazuje się, że dzieciaki zaczynają słyszeć głosy i widzieć dziwnych blondynów w czarnych płaszczach. Atmosfera staje się gęsta niczym smalec.

Okazuje się, że ostatnim wydarzeniem na kartce jest – koniec świata! Otóż słońce wpadło w jakąś dziwną hiperaktywność i do ziemi zbliża się fala gorąca. Co robić?! Uciekać! To naturalnie zbyt proste. Diana z dzieciakami udaje się w drogę do jaskiń a John postanawia odwiedzić szkołę, ponieważ tam, 50 lat temu, nawiedzona Lucinda wydrapała na drzwiach ostatnie cyfry. Te cyfry to oczywiście koordynaty GPS bezpiecznego miejsca. Podczas ucieczki, na stacji benzynowej dzieciaki zostają porwane przez blondynów w płaszczach! Następuje pościg! Jazda na całego! Diana goniąc kidnaperów zderza się z ciężarówką i umiera. Dogania ją również John w swoim samochodzie i chwilę popłakuje nad umarłą towarzyszką. Rusza jednak dalej w pościg…

Dojeżdża do polanki i znajduje tu dzieciaki oraz blondynów. Kim są blondyni? To proste! Są kosmitami. Wybrali dzieciaki aby je uratować i wywieźć na inną planetę. John naturalnie zgadza się na taki układ. A niech sobie wezmą jego syna. Kosmici z dzieciakami odlatują. John wraca do domu swoich rodziców, następuje pojednanie z ojcem a następnie wszyscy obejmując się czule umierają w wyniku dotarcia do ziemi wielkiej fali gorąca.

I to by było na tyle.

Naturalnie, nie ująłem w moim streszczeniu wszystkich wątków. Ot, choćby faktu, że w wyniku fali elektromagnetycznej telefony komórkowe przestają łapać zasięg, jednak połączenia budka-komórka działają jak należy. Łot technika.

Film nadaje się do oglądania jedynie w wypadku bardzo zakrapianych spotkań towarzyskich.